...czyli Gotka w wielkim mieście...
Blog > Komentarze do wpisu
36. FPFF czyli Polskie Kino Traumatyczne

Rude ma taką fajną pracę, że służbowo ogląda filmy.  Ostatnio jednak wstrzyknęło sobie sporą, a można by nawet rzec przekraczającą wielokrotnie dawkę śmiertelną, ilość polskiego kina na 36. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych i chociaż ilość seansów była znacznie mniejsza niż rok temu – poziom zasępienia wręcz przeciwnie.

W 2011 roku postanowiono, iż filmów będzie mniej, a pierwszej selekcji (nadal nie jest mi znana metoda, jaką  wybrano metodę głosowania) dokona nowy Dyrektor Artystyczny. Sam. A co! Wolno mu.

Takim oto sposobem w worku podpisanym „najlepsze polskie filmy fabularne ostatniego roku” znalazły się filmy w kategorii „od sasa do lasa” z wyjątkiem filmów komercyjnych, radosnych, przyjętych przez ludzkość z uśmiechem na ustach, albowiem – jak przypuszczam – uśmiech na twarzy widza i tłumy w kinie to hańba dla filmowca! [sic!]

 Jeśli miałabym określić wspólny mianownik dla wybranych przez Pana Chacińskiego tworów fabularnych, jakimi łaknący mocnych wrażeń dziennikarze i obserwatorzy mieli sobie oko nacieszyć (choć czasem chciało się je sobie wydłubać…) to na myśl przychodzi mi tylko jedno słowo: TRAUMA.

To, że się polskie kino lubuje w traumie, martyrologii narodowej oraz cierpieniu mentalnym bądź fizycznym jednostki to jest niezaprzeczalny fakt. To jednak, że polskie kino to TYLKO cierpiętnicza walka o przetrwanie zarówno bohaterów, jak i widza – już faktem nie jest. Tymczasem nienaturalna selekcja, jaka stała się myślą przewodnią tegorocznego festiwalu zdaje się nam wmawiać, że kino to nie rozrywka, a artystyczny bełkot podparty wszelkimi możliwymi nieszczęściami, jakie mogą (muszą!) spaść na Bogu ducha winnego człowieka.

Polskie kino pod względem technicznym czy aktorskim nie ustępuje produkcjom zagranicznym. Umiemy robić filmy czyste, plastyczne, potrafimy opowiadać historie i wyciągnąć z aktora emocje tak, by widz nie czuł się ani przez moment oszukany. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie jedno „ale”… nie umiemy niestety wyjść z zakorzenionego bardzo mocno moralnego niepokoju i wylewającej się z każdej filmowej klatki boleści. Kurczowo trzymamy się przeświadczenia, ze dobry film to film smutny, film ciężki i zalegający w umyśle widza, jak pasożyt wyżerający dobre samopoczucie.

Trudno pozbyć się wrażenia, że filmy startujące w wyścigu o Złote Lwy nie biorą udziału w konkursie na najlepszy, ale na najbardziej traumatyczny film roku. A przecież widz chciałby się w kinie czasem tez odprężyć…

* * *

Dla przeciwwagi poniżej mój faworyt tegorocznego FPFF w Gdyni. Spot Studia PANIKA. Jak dla mnie Diamentowe Lwy, jak nic! ;-)



 

sobota, 18 czerwca 2011, siadeh


Liczniki internetowe