|
...czyli Gotka w wielkim mieście...
Blog > Komentarze do wpisu
Całkowite zaćmienie
Rozglądam się po pokoju i w zdumienie wprawia mnie fakt, że nic się nie zmieniło. Wiele miesięcy biłam się z myślami, toczyłam bitwę z samą sobą, oddalałam podjęcie konkretnej decyzji w obawie, że mój świat tego nie wytrzyma, że rozpadnie się, a ja zawisnę w próżni kompletnie rozbita wewnętrznie. Tymczasem nie stało się nic. Żadnych piorunów, żadnej Apokalipsy. Jest tylko cisza. Trochę przerażająca, pulsująca w skroniach migrenowym bólem i ściskająca za serce. Ale poza nią nie ma nic. To straszne, ale też i niezwykłe, jak w desperackiej potrzebie bycia szczęśliwymi, kochanymi, akceptowanymi z całym bagażem naszych wad, oddalamy się od siebie samych, zapominamy o tym, co w nas najlepsze, pozwalamy się poniżać i ranić. Łapiemy się złudnych nadziei, doszukujemy się znaków, tam, gdzie ich nie ma i interpretujemy słowa, które nigdy nie padły. …a potem nagle całkowite zaćmienie mija i okazuje się, że w jednej chwili zalewa nas rzeka ekskrementów, które zbierały się wokół, gdy lewitowaliśmy w błogim przeświadczeniu, że nasze wybory są dobre, że to świat się myli, a nie my. * * * Teraz nie ma we mnie nic poza żalem do samej siebie za tę naiwną wiarę w to, że mnie zatrzymasz…
niedziela, 31 lipca 2011, siadeh
|
|